Chłopak z dobrego domu, ministrant wychowany w cieniu bazyliki w Leżajsku – a kilkanaście lat później bezdomny, żyjący na krakowskich ulicach, okradający najbliższych i czekający na wezwanie do zakładu karnego. Historia Waldemara Dziedzicza to jedno z tych świadectw, które trudno streścić, bo brzmi zbyt nieprawdopodobnie, żeby było prawdziwe – a jednak jest.
Od alkoholu do bezdomności
Wszystko zaczęło się niewinnie – pierwszy kontakt z alkoholem w wieku 16 lat, potem studia w Krakowie, imprezowe życie, narkotyki. Uzależnienie stopniowo zabrało mu wszystko: studia, małżeństwo, mieszkanie, relacje z rodzicami i bratem. W 2015 roku, po rozwodzie i utracie ostatniego dachu nad głową, przez ponad pół roku żył na ulicy – głodny, śpiący na ławkach i w klatkach schodowych.
Punkt zwrotny w kontenerze na śmieci
Przełom nie przyszedł w spektakularny sposób. Nastąpił w ośrodku terapii uzależnień, podczas najbardziej przyziemnego z zadań:
„Tak sobie stoję i w tym smrodzie, w tym kontenerze. No i tak mi się już (…) zaczęło to składać, że ja jestem w takim życiowym śmietniku”
Kilka tygodni później, sam w kościele, wypowiedział modlitwę, która – jak mówi – odmieniła jego życie:
„Panie Jezu, uzdrów mnie, pomóż mi wyjść z tego bagna. Ja nic za to nie chcę od Ciebie. Chcę normalnie żyć”
Dług 300 tysięcy złotych i seria „przypadków”
To, co dzieje się dalej – uwolnienie od kilkunastu spraw sądowych, pomoc nieznajomych ludzi, cudowne zbiegi okoliczności, nowe relacje i odbudowane życie zawodowe – opowiada Waldemar w pełnym, ponad godzinnym świadectwie w Studiu świadectw. To historia, w której splatają się wątki uzależnienia, wiary, przebaczenia i drugiej szansy – opowiedziana bez cenzury, ze szczegółami, które trudno wymyślić.
Obejrzyj całą rozmowę, żeby usłyszeć, jak wyglądała droga od dna do dzisiejszego życia Waldemara – męża, przedsiębiorcy i osoby, która teraz sama odwiedza więzienia, by dawać nadzieję tym, którzy są dziś na jego dawnym miejscu.