Ks. Rafał Jarosiewicz opowiada historię, od której trudno się oderwać: idąc ulicą na modlitwie, „usłyszał” w sercu numer telefonu i treść wiadomości. Wysłał SMS. Po chwili przyszła odpowiedź: osoba była na skraju samobójstwa i dzięki tej wiadomości została uratowana. Potem – wewnętrzne natchnienie: skasuj numer. Lata później, na konferencji, wstała kobieta i powiedziała: „To byłam ja”. Dla ks. Rafała to znak, że Bóg mówi delikatnie, ale konkretnie – i często poza naszymi schematami.
Jego droga powołania też nie była „pod linijkę”. Po trzech latach modlitwy o rozeznanie, Bóg przemówił przez Słowo i znaki, a on – jak Ananiasz z Dziejów Apostolskich – zrobił krok mimo niepewności. Uczy, że prawdziwe rozeznanie ma pięć etapów: natchnienie, stawianie pytań Bogu, osobisty znak umacniający serce, błogosławieństwo Kościoła i… znaki przeciwne, które weryfikują, czy idziemy dalej z wiarą.
Znakiem wyjścia z Ewangelią „na zewnątrz” stał się m.in. mobilny konfesjonał – przestrzeń spotkania i ciszy w miejscach głośnych, takich jak festiwale. Inicjatywy stadionowe zrodziły się z tej samej logiki: by więcej ludzi mogło usłyszeć Dobrą Nowinę. „Liczy się, by Jezus był poznany i kochany. Liczby są drugorzędne” – mówi. Dodaje jednak szczerze: marzy o pełnych trybunach dla Jezusa.
Nie unika trudnych tematów. O „paleniu książek” mówi wprost: chodziło o świadomy gest wyrzeczenia się tego, co wiąże duchowo – tak, jak uczą o tym egzorcyści i Kościół. Przyznaje, że medialna burza bolała i nauczyła pokory. O tatuażach – po latach towarzyszenia parom – mówi: „Proszę, nie tatuujcie się”, dzieląc się doświadczeniem modlitwy o uwolnienie i poczęcie. Krytykę przyjmuje, ale nie rezygnuje z głoszenia; ufa, że Bóg prostuje kręte linie.
Najmocniej wybrzmiewa jednak zaproszenie do osobistej relacji z Bogiem: przez Słowo, sakramenty – zwłaszcza spowiedź – i posłuszeństwo Kościołowi. „Świadectwo to nie wiedza. To działanie Pana Boga w naszym życiu” – podkreśla. Czasem zaczyna się od jednego kroku. Albo od jednego SMS‑a.